Dzień 4

Jestem zdziwiony, jak bezpiecznie jedzie się na rowerze. Nasłuchałem się historii, wszyscy mnie przestrzegali i straszyli, a tak naprawdę nie różni się to niczym od jeżdżenia po Syrii czy Tajlandii. Jest po prostu ogromny ruch, samochody, autobusy, osiołki i wszystko na czym da się jechać i załadować towar. Chaos nie oznacza, że nie da się jechać. Trzeba się mu poddać – nauczyć się wciskać przed innych, nie reagować na żadne sygnały dźwiękowe, autobusy i minibusy zajeżdżają coraz to drogę, by zatrzymać się przy krawężniku i wysadzić lub zabrać pasażerów – trzeba je omijać z lewej, a nie z prawej, gdzie wysiadają ludzie. Drobiazgi, które trzeba po prostu poznać, a wtedy przemieszczanie się po drogach nie stanowi wielkiego problemu.

 

 

 

W rezultacie wjechaliśmy do wioski Abu Sir, gdy modlitwa wieczorna została już odśpiewana z minaretów. Dla nas to najwyższy czas, by szukać noclegu. Tu nie ma asfaltu tylko piach, kurz i brud, bałagan znacznie większy niż w Kairze. Wzdłuż drogi zgraja dzieci, jeśli zatrzymamy się, oblegną nas natychmiast. Jedziemy dalej, rozważam nocleg w którymś z budowanych domów, kiedyś taki manewr nam się udał. Oglądam meczet, ale tu także nie ma nawet kawałka trawy, na którym byśmy mogli rozbić namiot. Pozostaje wypróbowanie trzeciej możliwości, czyli wproszenia się do kogoś do domu. W Syrii to zdawało egzamin, zresztą ludzie sami zatrzymywali nas na ulicy i proponowali nocleg.

 

 

Teraz zaczepił nas pan w brązowej dżalabii, od razu wyjaśniam, że nie jesteśmy zainteresowani zapłaceniem za nocleg. Pan wyjaśnił, że on jest dobrym muzułmaninem i chętnie przyjmuje gości, stwierdził nawet, że on fuck my money, więc chyba wszystko w porządku. Idziemy za panem, rozmawiam z nim, pan opowiada, że ma duży piękny dom, pyta czy jesteśmy habby (po arabsku nie wymawia się P), oferuje sziszę i zapalenie hagli bagli. Najpierw do końca głównej ulicy, potem skręcamy w mniejszą, kolejny zakręt, kolejna uliczka, coraz węziej, coraz ciaśniej. – Trzeci dom po lewej, one, two, three – jesteśmy. Wniesienie rowerów po trzech schodkach jest dość trudne. Beautiful house to bardzo względna sprawa –ustawiamy rowery w pomieszczeniu 4×4 m, składającym się z czterech ścian, okna wychodzącego na schody, żarówki wiszącej na kablu (nie działa) i materaca. Potem zapraszają nas na górę, tu kolejny pokój – trzy kanapy ustawione w kwadrat wokół dywanu. Bardzo gościnne przyjęcie: – Czy jesteście głodni? – Jesteśmy – Chicken czy fish? – po dyskusji decydujemy się – Chicken drogi, two hundred pounds. Wtedy otworzyły mi się oczy. Sam idę z panem na zakupy, kupujemy fetę i jakieś dziwne mięso. Wracamy. Na środku podłogi pojawia się miska z marynowanymi papryczkami, nasz ser i mięso, trochę chleba.
Gdy kończymy jeść, panie coraz bardziej naciskają na pieniądze, pokazują dzieci, że to na posag dla dziewczynek, one pound, one pound. Oczywiście dogadujemy się słowami kluczami – wszyscy mają bardzo ograniczony zasób słów. W końcu pan wyciąga mnie na balkon na pogawędkę. Stanęło na czterdziestu robakach, ale z dużą niechęcią. Pan krzyczy, pani krzyczy, robi się naprawdę nieprzyjemnie. Od razu zmienia się ich do nas nastawienie. – Want sleep? – ok, w takim razie śpicie na dole w kanciapie, z rowerami. A miało być tak pięknie, przed chwilą jeszcze mieliśmy spać na tych pięknych kanapach.

No to wygraliśmy nocleg. Za 40 robaków na wszystkich śpimy w maleńkim pomieszczeniu, z rowerami w środku, ściśnięci w osiem osób na mniej więcej ośmiu metrach kwadratowych. Znieczulamy się rumem. Pan jeszcze przychodzi po koc – to nie żadna kanciapa, ale normalna sypialnia, tutaj może śpią dzieci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *