Przez góry

W nocy nie spadła ani kropla, a po wczorajszych chmurach nie pozostał nawet ślad. Niebo błękitne, bez jednego obłoczka. Wygląda na to, że znów jestem w słonecznej Turcji. Ale jakoś super ciepło nie jest. Para leci z ust. Ale jakby nie patrzeć, jestem prawie na 1800 mnpm, więc ma prawo być rześko o siódmej w nocy. Właśnie tak – o siódmej, gdy Wy jeszcze smacznie śpicie (jeśli uwzględnić różnicę czasu), ja już siadam na rower. Słońce wschodzi koło szóstej, daję mu zazwyczaj parę minut, żeby troszkę podgrzało zmarzniętą okolicę i by wysuszyło namiot, który ma zwyczaj pocenia się od środka. Rano jest na tyle zimno, że chodzę w polarze, dopiero wsiadając na rower zakładam – w zależności od potrzeb albo koszulkę, albo bluzę z długim rękawem dla ochrony czy to przed chłodem, czy przed słońcem, jeśli poprzedniego dnia za bardzo mnie spaliło – w zależności od potrzeb. Czytaj dalej Przez góry