Hebron

Zaczynamy od wizyty w supermarkecie. Paweł pojechał pierwszy, żeby kupić piwo na śniadanie, a potem, już spakowani, pojechaliśmy wszyscy, by uzupełnić mocno już nadwątlone zapasy. Odkryliśmy arak, czyli charakterystyczną dla całego regionu śródziemnomorskiego anyżówkę (raky, ouzo, sambuca itp.), zrobiliśmy przy okazji duże zakupy jedzeniowe, bo sklep był duży i naprawdę tani. Tylko humus omijamy szerokim łukiem, bo wszyscy już mają go dość. I warzywa, bo na suku w Hebronie będą na pewno tańsze. Starczy nam jedzenia na pustynię, choćbyśmy mieli jechać dwa dni. Tyle że czasu straciliśmy sporo, a podjazdów na drodze trochę było i Agi rower szwankuje, więc zrobiło się już dość późno, gdy w końcu dotarliśmy do granic miasta. Pierwsza dobra wiadomość – ceny. Kanapka z falafelami, za jaką w turystycznych knajpkach w Jerozolimie chcieli 8, 10 albo i 15 szekli, tu kosztuje 3. A z shoarmą – 8. Korzystamy. Czytaj dalej Hebron