Mali

Nasza ekipa przebywa już od soboty na terytorium Mali.

Niestety wystąpiły pierwsze problemy z łącznością – stąd brak nowych wpisów. Nie znamy jeszcze malijskiego numeru telefonu Czapli, jednak z doświadczenie uczy, że najlepiej pisać na polski numer (Maciek stara się odczytywać SMSy raz dziennie). Najwyższa skuteczność doręczeń 😉

Kraj Bassari

Pisałem ostatnio, że miałem dużą ochotę zamiast asfaltową route nationale pojechać przez Park Narodowy Niokolo Koba bocznymi dróżkami i wjechać do Kedougou od wschodu. Celem tego (jak już wiecie, nieudanego) zabiegu było odwiedzenie Kraju Bassari. Przewodniki zachwalają ten region jako całkowicie odmienny od reszty kraju (bo górzysty, czy raczej pagórkowaty), zamieszkały przez ludzi, którzy rządzą się innymi zwyczajami i prawami, mówią innym językiem i którzy – w przeciwieństwie do otaczających ludów, przez wieki opierali się naporowi islamu. Nic dziwnego, że po takiej zachęcie chcieliśmy się tam wybrać.

Czytaj dalej Kraj Bassari

Żyjemy

Wobec braku wiadomości od nas od dwóch dni informuję, że żyjemy i mamy się dobrze. Jesteśmy w Kedougou, nieopodal malijskiej granicy, mieszkamy w misji katolickiej i MAMY INTERNET, To oznacza, że wiadomości, które dziś do nas wyślecie, mamy szansę przeczytać. Wy zaś, jeśli wszystko dobrze pójdzie, będziecie mogli jutro poczytać nowe wpisy na naszych blogach. Do jutra zatem!

Toubab, ça va? Czyli rzecz o Senegalczykach

Od pierwszego dnia stosunki polsko-senegalskie są jak najbardziej poprawne. Mieszkańcy tego kraju są wobec nas nadzwyczaj przyjaźni. Słyszeliśmy wprawdzie, że niektórzy podróżujący mieli tu nieprzyjemne przygody, ale nas jak na razie nie spotkało ze strony tubylców nic złego. „Ça va?” wypełnia afrykański rytuał powitań i pytań o zdrowie. „Ça va?” to zarazem pytanie jak i odpowiedź – ciężko wyczuć z intonacji. Na pewno sprawę ułatwia, że niemal wszyscy mówią tu po francusku. To jedyny w kraju język urzędowy. Chcesz pracować w policji, wojsku, szkolnictwie lub administracji publicznej? Musisz znać francuski. Na wybrzeżu naprawdę ze wszystkimi można się było lepiej lub gorzej porozumieć, teraz, w miarę jak posuwamy się w głąb kraju, ten współczynnik się zmniejsza. Trzeciego czy czwartego dnia od wyjazdu pierwszy raz usłyszeliśmy słynne „toubab”. Ça va, toubab? – pytają dorośli. „Tou-bab, tou-bab”-wykrzykują na nasz widok rozbawione dzieci, machając rękami.

Czytaj dalej Toubab, ça va? Czyli rzecz o Senegalczykach

17 listopada

Pierwsze pół tysiąca kilometrów za nami. Wgryzamy się powoli w głąb Afryki. Koniec z różnorodnością, z codziennie nowymi widokami i atrakcjami. Daleko w tyle zostawiliśmy niebieskie morze i zielonkawo-srebrzyste rozlewiska Saloum. Znikają nawet majestatyczne baobaby, zastąpione przez kolczaste akacje. Ten proces trwał kilka dni, stopniowo, niezauważenie wybrzeże przeszło w interior. Droga stała się monotonna. Linia asfaltu wcina się w zieleń. Coraz rzadziej mijamy wioski. Na słupkach kilometrowych, które miarowo odmierzają naszą drogę zapisana jest nazwa następnej miejscowości: Kaoloack, Kongheuil, Kaffrine, Tambacounda – odległości między nimi coraz większe. Z początku jednocyfrowe, później najwyżej kilkanaście kilometrów dzieliło od siebie poszczególne miasteczka, a teraz dwadzieścia kilka stało się normą. Słupki odmierzają nie tylko naszą drogę, ale i czas – dzieląc go na ten, który spędzamy w siodełkach i na odpoczynek. Jedziemy 15 km – przerwa, kolejne 15 – znowu przerwa. Po kolejnych 15 dłuższa, dwuipółgodzinna przerwa na obiad i sjestę. Potem jeszcze dwa odcinki.

I tak jedziemy już trzeci czy czwarty dzień. Podróż stała się do tego stopnia monotonna, że nie potrafię odtworzyć wydarzeń sprzed dwóch dni, żeby uzupełnić zaniedbany dziennik – dzień jak co dzień – jazda, odpoczynek, woda, zakupy, jazda, spanie. Na szczęście mamy sporą bibliotekę audiobooków, więc nie grozi nam zanudzenie się na śmierć podczas tej monotonnej jazdy.

Przyznam, że mam kłopot, o czym pisać. Wszystko to, co oglądamy, co przeżywamy, już kiedyś było. Już kiedyś to widziałem i o tym pisałem. Te same wioski z glinianych chatek krytych strzechą, te same sklepiki z mydłem i powidłem, sterty śmieci na przedmieściach, te same obwieszone ludzkimi winogronami mikrobusy, które pędzą przez busz po asfaltowej drodze. Brakuje mi nowych doznań. Brakuje mi też trochę czasu na pisanie. Wieczorem jakoś się nie składa – jestem zmęczony, raczej chcę poczytać, niż mam ochotę włączać komputer i zmuszać głowę do wysiłku. Może w następnych dniach będzie łatwiej.

Przez ostatnich kilka dni uzupełniałem dziennik – od początku wyprawy. Nie, nie piszę go – na to nie znalazłbym czasu. Nagrywam dzień po dniu. Doszedłem już do wczorajszego dnia, czyli jestem na bieżąco. A to oznacza, że więcej będę mógł nagrywać z myślą o tekstach do wrzucenia na ten blog. Jest więc szansa, że w najbliższych dniach/tygodniach będę pisał więcej i bardziej treściwie. A zdjęcia, jak zgram, to będę dodawał.