Poranek wita nas chłodem, termometr pokazuje zaledwie 12 °C. Spodziewamy się silnego wiatru w ciągu dnia, ale na szczęście nie jest źle, bo wiatr pcha nas i pomaga jechać. Po tym, jak do sjesty zrobiliśmy 60 km, mamy nadzieję, że może nawet stówka dziś pęknie, ale Łucja łapie gumę i tracimy godzinę na naprawę. Później standardowe wyprawowe czynności: zakupy na kolację, nabieranie wody i w końcu dobijamy tylko do 75 km. Rozczarowanie dystansem rekompensuje nam uroda miejsca u stóp góry, w którym rozbijamy obóz. Wieczorem Czapla wyjmuje z opony wielki kolec – to pierwsza guma od 2700 km!

Boże Narodzenie na Czarnym Lądzie

Pewnie dawno już za Wami świąteczne uniesienia. Za nami niestety również… Ściślej, w naszym przypadku są to dwa tygodnie i niemal tysiąc kilometrów. Ale wracamy często myślami do tych chwil, które spędziliśmy w Sabou, bo były jednymi z najprzyjemniejszych, jakieśmy tu przeżyli. A już zwłaszcza w świetle wydarzeń następnego tygodnia i kryzysu, który przyszedł po nim i trwa do dziś.
A zatem święta bez śniegu, bez plugawy na ulicach i ciemności o trzeciej… Czy nadal można poczuć ich atmosferę?
Już w Bamako trafiliśmy na, uwaga! festyn bożonarodzeniowy. Był zorganizowany przez amerykańską organizację pozarządową na terenie muzeum narodowego. Niestety nie było tam ani grzanego wina, ani pieczonych kiełbasek, ani nawet kolęd, lecz wielki targ masek, figurek i innego malijskiego rękodzieła. Myśmy skorzystali o tyle, że zamiast zwykłych 2500 franków wejście do muzeum kosztowało tego dnia 1000. I chwała Bogu, bo to, cośmy zobaczyli w muzeum, z pewnością nie było warte nawet tej ceny.

Czytaj dalej Boże Narodzenie na Czarnym Lądzie