Co to za pociąg?

Mieliśmy przecież jeździć po Afryce rowerami, więc co bardziej dogmatycznie nastawieni czytelnicy mogliby spytać, skąd się wziął ten pociąg i co to w ogóle ma znaczyć. Spieszę z wyjaśnieniem. Jak wiecie, pierwszych kilka dni spędzonych w Nigerii dość mocno dało nam się we znaki. Oględnie mówiąc, nie przepadamy za tym krajem i jego mieszkańcami. Ale przejazd koleją nie wynikał z chęci ucieczki czy skrócenia trasy. Do Abudży i tak musieliśmy się udać, ponieważ musimy zrobić wizy kameruńskie. Mieliśmy zamiar gdzieś w połowie trasy przez Nigerię zostawić rowery na dwa czy trzy dni w jakimś kościele pod opieką księdza i stamtąd udać się autobusem do stolicy. Jednak dotychczasowe doświadczenia przekonały nas, że zostawianie rowerów pod okiem przypadkowej osoby jest pomysłem słabym, nawet gdyby miałby to być duchowny. Kilka razy próbowaliśmy się tu zatrzymać (choćby na kilkuminutowy odpoczynek) w katolickich kościołach, ale za każdym razem znajdowano jakiś pretekst, by się nas pozbyć. W tej sytuacji uznaliśmy, że powinniśmy zabrać rowery ze sobą. A pociąg wydaje się w tym celu stokroć lepszy niż autobus. Zresztą autobusy tu w ogóle nie wzbudzają naszego zaufania. W przeciwieństwie do Beninu czy Burkiny nie ma tu dużych, klimatyzowanych, wygodnych i szybkich autobusów ekspresowych. Wszystko opiera się na zdezelowanych mikrobusach, które zatrzymują się co pięć minut, żeby do środka mogła się wepchnąć kolejna kura lub – na dach – kolejny worek jamu. Przejechanie głupich 200 km takim busikiem może trwać nawet osiem godzin, więc zdecyodwanie wolimy przejechać 500, ale pociągiem. O samej podróży jeszcze postaram się napisać w swoim czasie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *