W stronę Quissico

Luis uparł się, ze nas podwiezie kawałek. I tak mamy opóźnienie (przez moją chorobę) i będziemy musieli gdzieś podjechać, więc dlaczego nie tu? Wywiózł nas z 60 km. Dalsza jazda dziś – taka sobie. Gorąco i nie chce nam się, moje koło skrzypi, czekam tylko kiedy się rozleci i będę mógł, z czystym sumieniem, wrócić do RPA i na ostatni miesiąc osiąść na kapuścianej farmie. Psują się koleje rzeczy – mój aparat i kuchenka. Odkryliśmy za to lokalne wino. Zrobiliśmy teś pranie – to pozytywy. Tyle, że rzeczy długo schły i nie damy rady dziś nocować na plaży w Quissico.

Kraj z kałasznikowem w godle

Spodziewaliśmy się najgorszego i wcale nie mieliśmy ochoty opuszczać gościnnej RPA. Planowaliśmy, że część etapu przypadającą na ten kraj przejedziemy w dwa tygodnie. Moja choroba wydłużyła ten okres do trzech. Niestety Polakom wolno w RPA przebywać bez wizy nie więcej niż 30 dni, a my musimy sobie jeszcze zostawić kilka dni z tej puli na powrót na lotnisko. Także nie ma wyjścia, czas najwyższy przenieść się do Mozambiku. Wizy bez trudu zrobiliśmy w ciągu jednego przedpołudnia w konsulacie w Nelspruit.

Czytaj dalej Kraj z kałasznikowem w godle

Po tygodniu byczenia się, Czaplowe odciski zostały zaleczone więc czas opuścić gościnną farmę Reksa i Daleen. Z nowymi siłami jedzie się dobrze, pomimo licznych górek. Około godziny 14 docieramy do rezerwatu Ohrigstad Dam. Jest pięknie, wyszło słońce i kolory nabrały intensywności. Skuszeni uroczą okolicą, postanawiamy zostać tu na noc i poczekać na obiecane hipopotamy. Tymczasem, cieszymy się towarzystwem małp i guźców, wieczorem zjawia się mnóstwo antylop, a z daleka, udaje nam się dojrzeć pierwszego hipopotama.

Kapuściana farma

Kto czytał moją relację z poprzedniej podróży (albo stosowne rozdziały w książce), ten wie, że podróżowanie rowerem po RPA to prawdziwa przyjemność. Nie dość że jest przepięknie, to jeszcze można liczyć na fantastycznie przyjaznych ludzi. Dla kogoś, kto przyjechał z Polski to jest naprawdę niewyobrażalne, że można kogoś obcego wpuścić do domu, nakarmić, ba! – pozwolić mu u siebie mieszkać przez kilka dni. A jak na razie tylko jedną noc w RPA przespaliśmy pod namiotem. Na wszystkie kolejne zapraszano nas do domów. Fakt, że zwykle szukaliśmy takiej możliwości, bo pogoda nas nie rozpieszcza i nie chcemy ryzykować spłynięcia do oceanu (zaczęły się właśnie jesienne deszcze), więc wieczorami zajeżdżamy na samotne farmy: „-Przepraszam, czy możemy rozbić namiot na pana ziemi? -Dlaczego namiot? Dam wam pokój”. Czytaj dalej Kapuściana farma

Zawora

Chcemy dziś dotrzeć do plaży w Zaworze i tam nocować. Wtedy jutro pukniemy dziewięć dyszek i dotrzemy do plaży Tofu koło Inhambane. Taki sobie ułożyliśmy plan. Rano robimy szybką rundkę po miasteczku Quissico, naprawdę uroczym. Potem kierujemy się w stronę Inharrime. Jedzie się nieźle, chociaż wiatr znad morza – w którą by się nie obrócić stronę – wieje w mordę. Dziwne, niewytłumaczalne zjawisko. Za 2,5 złotego zakupiliśmy cztery papaje, którymi się raczymy, popijając lokalnym winem w tej samej cenie (za butelkę 1/3 litra). Wczesnym popołudniem docieramy do Inharrime, robimy niewielkie zakupy na targu (w Mozambiku mieszczą się one w ślicznych poportugalskich budyneczkach). Jeszcze 12 km asfaltu, a potem 17 km bocznej drogi na plażę („jest dość piaszczysta, ale spokojnie przejedziecie na rowerach”). W życiu byśmy jej nie przejechali! Piach po piasty! Zatrzymujemy ciężarówkę ze żwirem i docieramy do Zawory na godzinę przed zmierzchem. W sam raz zaczęło padać… Ale wbrew pozorom szczęście nas nie opuściło. Poznajemy białasa, który buduje tu lodge. Jeszcze trwają prace wykończeniowe, ale część pokoi jest gotowa. Dostajemy zaproszenie i skwapliwie korzystamy, bo nocowanie na plaży w deszczu nam się wcale nie uśmiecha.