Manta przed maską

Pora wyjaśnić zagadkę naszego tygodniowego milczenia. Wyście się świątecznie objadali, a my w tym czasie…

W przeciwieństwie do Bożego Narodzenia nie zaplanowaliśmy sobie z wyprzedzeniem, gdzie spędzimy Wielkanoc. Nie mieliśmy informacji o żadnych polskich misjonarzach w Mozambiku, z którymi moglibyśmy się zawczasu skontaktować i poprosić o gościnę, tak jak to zrobiliśmy w Burkinie. Liczyliśmy, że może gdzieś trafimy w ostatniej chwili i przyjemnie, uroczyście spędzimy Święta. Ale wyszło inaczej, chyba wcale nie gorzej…

W Wielki Wtorek wczesnym popołudniem zajechaliśmy do niewielkiego miasteczka Inharrime. Stąd mamy jeszcze 12 km asfaltu, a potem 17 km piaszczystej bocznej drogi do Zavory. Luis (Portugalczyk, którego kilka dni temu spotkaliśmy) mówił, że jest tam piękna plaża, tylko droga do niej słaba, więc będziemy próbowali jechać stopem. Złapaliśmy go bez trudu, po kilku minutach, ale godzinę później, gdy dotarliśmy na miejsce, byliśmy przerażeni. Droga była koszmarnie piaszczysta i zastanawialiśmy się, jak my się stąd jutro, do cholery, wydostaniemy.  Ja chciałem wracać od razu, zwłaszcza że zaczęło padać, ale stwierdziliśmy, że jednak przenocujemy na plaży i rano będziemy myśleć co dalej. Przed ostrym podejściem na wydmę, na szczycie której stoi dość drogo wyglądający Zavora Lodge, zostawiliśmy rowery, ja poszedłem sprawdzić, jak wygląda plaża. Był akurat przypływ, więc wyglądała tak sobie, w każdym razie jako miejsce do obozowania. Na tyle słabo, że zacząłem się zastanawiać nad noclegiem alternatywnym. Zwłaszcza że wyglądało na to, że deszcz nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Wracając spostrzegłem przed wejściem do hotelu starego land rovera. Zwróciłem na niego uwagę, bo mijał nas wcześniej na drodze z Inharrime, a kierowca jakoś tak sympatycznie wyglądał.

Po 10 minutach rozpakowywaliśmy się w nieotwartym jeszcze, nowiutkim lodge’u należącym do Deona, kolegi Stepha (to ten gość z land rovera). Mamy dla siebie pokój z widokiem na morze. Tylko ciepłej wody jeszcze nie ma. Co za pech!

I widok z okna.

Ponieważ akurat były Stepha urodziny, poszliśmy do Zavora Lodge wypić piwko z lokalnym towarzystwem hotelowo-nurkowym.

A następnego dnia zaczęliśmy kurs nurkowania.
Miało być szybko, dwa dni teorii i basenu, a potem dwa w morzu i koniec. W Wielkanocny Poniedziałek mieliśmy już ruszyć w dalszą drogę. Ale wysoka fala stanęła na przeszkodzie realizacji planu i rozciągnęła go na kilka następnych dni. Drugiego dnia czekania na poprawę pogody zaczęła nas żreć nuda i musieliśmy znaleźć sobie nowe zajęcie. Poszliśmy obejrzeć dom, który w Zavorze buduje Yara, Brazylika, jedna z instruktorek w centrum nurkowym. Dom ma być ośrodkiem wolontariatu, badania bioróżnorodności i takie tam ekologiczne sprawy. Budowany jest z… pustych puszek i butelek, a cegły są z lokalnego piasku zmieszanego z odrobiną zaprawy i czymś tam jeszcze – w sumie wszystko super ekologiczne. Poszliśmy i… zostaliśmy. To znaczy, zaczęliśmy pomagać w budowie. Naszym zadaniem było zrobienie butelkowego witraża – trzeba pociąć butelki, posklejać je tak, by miały dwa denka, a potem układać warstwami i zalepiać zaprawą. Proste? Tyle że czasochłonne, bo naraz można układać trzy warstwy i trzeba zostawić do wyschnięcia – i tak dwa razy dziennie. Niestety w końcu pogoda się poprawiła i mogliśmy zacząć nurkowanie, więc nie skończyliśmy naszego witraża, Yara będzie musiała sama ułożyć brakujące trzy warstwy. Oto rezultat naszej pracy (zdjęcie Łucji).

A co do nurkowania, to zaliczyliśmy ten kurs. Wprawdzie okupiłem to wielokrotnym wyrzuceniem do morza całej zawartości żołądka, ale warto było. Podczas drugiego nurkowania zobaczyłem manty – olbrzymie płaszczki, które są lokalną atrakcją i ludzie przyjeżdżają z drugiego końca świata i płacą ciężkie pieniądze, by je ujrzeć. Niektórzy – nieskutecznie, jak na przykład grupa Polaków, których spotkaliśmy w Wielki Piątek. Ja widziałem najpierw dwie – ok. trzech metrów rozpiętości skrzydeł, a później jeszcze jedną – jeszcze większą. Całej tej morskiej drobnicy, jakichś tam ryb-skorpionów, ryb-lwów, ryb-trąbek (to spolszczone nazwy angielskie, proszę, by się mnie ichtiolodzy nie czepiali) nie będę wymieniał.

Gdyby ktoś był zainteresowany nurkowaniem w Zaworze, z czystym sumieniem możemy polecić Centrum Nurkowe Mozdivers (mozdivers.com/), a gdyby ktoś chciał robić kurs – przede wszystkim instruktora Juana.

Zdjęć spod wody oczywiście nie mamy, ale nawet na powierzchni bliskich i czasem nawet niebezpiecznych spotkań z morską fauną nam nie brakowało.

Jednego tylko nam przez ten tydzień nie zbywało, a mianowicie – jedzenia. W Zavorze jest jeden sklep, w którym jest głównie piwo, a innych towarów – raczej niewiele albo w cenach nie do przyjęcia. Przeżarliśmy więc wszystkie zapasy, które zrobiliśmy na miesięczny pobyt w Zimbabwe i Botswanie (musieliśmy w związku z tym wysłać Michałowi i Pawłowi, z którymi się za dwa dni mamy spotkać, pokorną prośbę wraz z listą zakupów). Parę razy naprawdę nas głód przycisnął 🙂 Na przykład tego dnia, gdy zakupiliśmy na plaży torbę ostryg. W Paryżu porcyjka kosztuje 20 ojro, a tu cały kilogram za 50 meticais (5 zł). Świeżutkie, prosto z morza. Tyle że rozłupywanie tego za pomocą scyzoryka i obcęgów zajęło nam trzy godziny, a byliśmy naprawdę porządnie głodni.

Zavora żegna nas tak, jak nas przywitała – deszczem. Spędziliśmy tu tydzień obfitujący we wrażenia, w nowe znajomości. Potwierdza się, że najlepsze miejsca to te, w które trafia się całkiem przypadkiem. Przed nami dwudniowa (inszAlla) podróż autobusami do Masvingo. Mieliśmy tam czekać na chłopaków, a wygląda na to, że to oni będą czekali na nas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *