Relacja z Normandii i Bretanii

Mieliśmy pisać na bieżąco, ale kilka mało sprzyjających okoliczności sprawiło, że się nie udało. Częściową relację zamieściliśmy dzięki pomocy Arona jeszcze podczas pobytu w Normandii. Bardzo chcieliśmy wrzucić jeszcze kolejną. Została nawet napisana podczas oczekiwania w pralni, ale niestety mimo komunikatu „zapisano jako wiadomość roboczą” następnego ranka nie udało się jej odnaleźć w telefonie. I ważna wiadomość dla każdego, kto by się chciał wybierać w tamte rejony, dostęp do netu przez telefon jest na francuskiej prowincji bardzo słaby. Polska to technologiczny tygrys pod tym względem (zresztą podobnie jak np. Nigeria).

Przejdźmy do relacji. No wiec, po pierwsze, Łucja spóźniła się na lotnisko. W rezultacie jeden rower nie został odprawiony. Można było go zostawić i kupić na miejscu jakiś podstawowy rower w Decathlonie, ale niestety nie było czasu na myślenie i na planowanie. W rezultacie Czapla nie poleciał. Szybko posprawdzał inne możliwości dotarcia do Beauvais/Paryża, ale ceny samolotów na ostatnią chwilę były dość wygórowane, więc postanowił przejechać się z tym rowerem pociągiem. Jeszcze tego samego ranka złapał pociąg do Poznania, a tam – do Rzepina. Dalej przesiadał się w Berlinie, Magdeburku, Brunszwiku, Bielefeld, Dortmundzie, Akwizgranie, Welkenraedt, Gandawie, Lille i Amiens. W sumie 36 godzin w pociągach i na dworcach. Cóż, ma, co lubi. Przecież podróż bez przesiadki jest nieważna.

Tymczasem dziewczyny dzielnie złożyły rowery, robiąc przy tym stosunkowo niewiele szkód, i objuczone jak woły (Czaplowe sakwy przecież doleciały) wyruszyły w drogę.

Następnego dnia (w niedzielę) pod wieczór spotkaliśmy się wszyscy w Rouen. Następne przedpołudnie przeznaczyliśmy na doprowadzenie rowerów do stanu używalności, co w przypadku gary’ego Agi nie do końca się udało. Trudno, muszą jej wystarczyć cztery przełożenia. Resztę dnia spędziliśmy na zwiedzaniu Rouen i dopiero potem wyruszyliśmy. Ujechaliśmy niedaleko, ze 30 km, bo do wieczoru zostało niewiele czasu. Nocleg przy promie nad Sekwaną.

We wtorek rano zwiedziliśmy opactwo w Jumieges, a potem przez normandzkie wioski i wioseczki, coraz bardziej głodni, jechaliśmy w stronę oceanu. Nigdzie żadnego sklepu ani nawet knajpki. Czy to na pewno Francja? W każdym razie jakaś inna od tej, którą dotąd znaliśmy. Ludzie też jacyś inni – zero zainteresowania, żadnej pomocy z ich strony. Jeden pozytyw, ze wreszcie nie padało, bo w poprzednich dniach codziennie mieliśmy przynajmniej godzinkę deszczu. Dziś natomiast ciepło, wręcz upalnie. Ale za to góry, czy właściwie różne pagórki i skarpa Sekwany, z którą przyszło nam się kilkakrotnie zmierzyć. Zmachani pod wieczór dojechaliśmy do Honfleur, zrobiwszy 63 km. Ale zamiast szukać plaży nad oceanem, zaczęliśmy od wizyty w supermarkecie i wreszcie napełniliśmy żołądki. W rezultacie nie ma już czasu na szukanie plaży i znajdujemy nocleg przy ogródkach działkowych. Nawet nie był taki okropny, tyle że zebrały się chmury i w nocy zaczęło padać.

Środę zaczęliśmy więc od złożenia namiotów w ulewnym deszczu i pojechaliśmy do Leclerca na śniadanie. Potem na kawę do McDo. Przez trzy godziny piliśmy tę samą kawę, ciesząc się WiFi, pisząc pierwszą relację i czekając, czy się przejaśni. Prognozy są optymistyczne, tj. po południu „najwyżej kilka kropel”. Rzeczywiście – o 12 deszcz przestał padać, a wkrótce wyjrzało słońce. Udaliśmy się więc na zwiedzanie urokliwego Honfleur. Średniowieczne domki, ciasne uliczki, basen portowy z żaglowymi łodziami – pięknie. Chciałoby się zostać dłużej, ale trzeba ruszać, bo czas goni. Chcielibyśmy jeszcze, korzystając z pogody, zażyć kąpieli w morzu. W pierwszej z szeregu wypoczynkowych miejscowości (Deauville) zjeżdżamy na plażę. Woda zimna, więc wchodzimy tylko na moment. Przecież będzie jeszcze niejedna okazja do kąpieli (jak się okazało, pomyliliśmy się w tym względzie). Czapla terrorysta zarządził wyjazd o szóstej, żeby jeszcze dwie czy trzy godzinki popedałować. Nocleg znajdujemy w Dives sur Mer, koło portu, za halą, w której sprzedają ryby, na parkingu przeznaczonym dla samochodów kempingowych. Poznajemy parę sympatycznych Polaków, którzy podróżują w ten właśnie sposób po Europie.

W nocy oczywiście pada, ale nie bardzo. Czwartkowy poranek raczej ponury. Nie spodziewamy się niczego dobrego po tej pogodzie. Przejeżdżamy szybko przez Cabourg, mijamy drogowskazy do baterii dział w Merville (tak, chciałem je zobaczyć, ale mamy takie opóźnienie, że odpuszczam, a miejsc związanych z bitwą o Normandię jeszcze kilka zobaczymy), dojeżdżamy do rzeki i wzdłuż niej, po wałach (deszcz) do Pegasus Bridge. To jeden z pierwszych obiektów zajętych 5 czerwca 1944 przez spadochroniarzy brytyjskich. Muzeum kosztuje 9 ojro, więc odpuszczamy (będą przecież kolejne). Wszyscy już mocno głodni, więc wzdłuż kanału pędzimy do Caen (Łucja zasilana batonikami energetycznymi ciągnie peleton). Robimy wielkie zakupy w Lidlu, pijemy cydr (#pijcydr) i ruszamy na zwiedzanie. Miasto dość poważnie ucierpiało w wojnie, ale i tak można by tam spędzić spokojnie cały dzień. My niestety mamy tylko dwie godziny.

Zwiedzamy potężne romańskie kościoły ufundowane przez Wilhelma Zdobywcę i Matyldę, wchodzimy na zamek. Dziewczyny poszły na mury, a Czapla chciał się zdrzemnąć chwilę, ale dosiadł się jakiś gość. „Przez najbliższe dni będzie merde, ale od poniedziałku już ładnie” – mówił. Zobaczymy. Wyjeżdżamy z Caen z powrotem w stronę morza, bo chcielibyśmy się jeszcze przekąpać. Jedziemy przez wioski wzdłuż Juno Beach i z satysfakcją stwierdzamy, że oni jednak też trochę oberwali podczas II wś. W Courseulles wita nas wielki i bardzo zachęcający park, więc chociaż mieliśmy zamiar puknąć jeszcze kilka km, postanawiamy tu zanocować i wykąpać się w morzu. Jakby nie patrzeć, ponad 60 km już dziś zrobiliśmy. Idziemy na plażę, a tam odpływ. Zwały obleśnych, śmierdzących wodorostów, a do tego zrobiło się zimno i właściwie już nam się odechciało. Jemy, pijemy wino, potem drugie i jedziemy spać. W samym parku jest zakaz namiotów, więc znajdujemy zaciszne miejsce na polu tuż obok.

W nocy nie padało, ale ranek ponury. Zwinęliśmy się w miarę sprawnie i pojechaliśmy do Arromanches. Już z daleka widać w morzu resztki zatopionych statków i kawałów betonu, z których w czerwcu ’44 utworzono sztuczną zatokę portową. Oglądamy bunkry, potem film w panoramicznej sali kinowej i zjeżdżamy do miasteczka, żeby zobaczyć muzeum. Ale najpierw mule. Gdy zjedliśmy, w końcu zaczęło padać. Odechciało nam się wszystkiego, zwłaszcza że w muzeum wywiesili karteczkę, że trzeba czekać na wejście nie wiadomo ile. Zakładamy kurtki, uszczelniamy, co się da i w ulewnym deszczu wyjeżdżamy z miasteczka. Oglądamy jeszcze imponujące baterie niemieckie w Longues sur Mer i kierujemy się w stronę Bayeux (przestało padać). Zaczynamy od wizyty w muzeum, gdzie jest eksponowana tkanina przedstawiająca historię podboju Anglii, a potem zakupy w Carrefourze. Gdy wychodzimy, zaczyna się ściemniać i leje. W związku z tym odpuszczamy szukanie miejsca na namioty i dzwonimy do klasztoru benedyktynek, gdzie dostajemy nocleg. Nie, nie za darmo, to nie Afryka. Siostry po prostu je wynajmują turystom. Pokoje kosztują więcej niż hotel, są raczej skromne, ale klimat jest fajny, średniowieczne mury, stare meble, skrzypiące podłogi.

W sobotę świętujemy urodziny Ewy. Korzystając z przebłysków słońca na dziedzińcu klasztoru suszymy rzeczy przed spakowaniem ich do sakw. Fajnymi, bocznymi drogami docieramy do Omaha Beach, ale dziewczynom nie chce się zjeżdżać nad morze (a dokładniej – podjeżdżać później), więc Czapla sam jedzie zobaczyć krwawą plażę, muzeum i ogromny cmentarz amerykańskich żołnierzy. Za to wszyscy jadą obejrzeć skały i bunkry na Pointe du Hoc, po czym porzucamy wybrzeże i ścinamy półwysep Cotentin, kierując się w stronę Bretanii. Nocujemy parę km przed St Lo.

Poranek niedzielny deszczowy, a jakże. W miasteczku St Lo, które urodą przypomina Radom lub Pruszków, zmoknięci jak kury jemy obiad pod daszkiem teatru. Gdy trochę przestał padać, wyjeżdżamy. Przez cały dzień jedziemy, raz moknąc, raz schnąc i wieczorem docieramy do Avranches. Nocujemy w parku między szpitalem a autostradą. Nie pamiętam, czy padało, czy nie.

Zaczynamy poniedziałek od wizyty w supermarkecie, a potem od spaceru po Avranches, które nie jest porywające i właściwie można sobie odpuścić. Zjeżdżamy ze wzgórza i tniemy w kierunku Mt St Michel. Łamiąc zakazy (jak zresztą mnóstwo innych rowerzystów), po nowym moście podjeżdżamy prawie pod same mury, zostawiamy rowery i chowamy się w bramie przed ulewnym deszczem (a przypomnijmy, że w poniedziałek merde miało się skończyć…). Samo zwiedzanie okropne. Tłumy, tłumy i jeszcze raz tłumy. Może gdyby tu przyjechać wczesnym rankiem albo późno wieczorem, to miałoby to jakiś urok. Dla nas nie miało żadnego. Na dodatek na sam koniec pogubiliśmy się i Czapla się wkurzył. Małymi bocznymi drogami jedziemy w stronę Dol de Bretagne. Deszcz leje z małymi tylko przerwami, a zupełnie nie ma się gdzie schować. Domy tu budują bez okapów, żadnej wiaty, nawet knajpki czy kawiarni, gdzie by się można zatrzymać. Kompletnie mokrzy wjeżdżamy do miasta i zaczynamy poszukiwania pralni automatycznej, głównego celu naszej wizyty. Jest. Ściągamy z siebie niemal wszystko, wszystkie rzeczy z sakw wrzucamy do pralki i spędzamy półtorej godzinki na praniu i suszeniu. Wyjeżdżamy już po ciemku i znajdujemy nieopodal miejsce do rozbicia namiotu przy jakiejś wielkiej szkole na przedmieściu popod lasem (są wakacje, więc nas rano nie obudzą gówniarze). Wyruszam na poszukiwanie wody, objeżdżam całe miasto, ale nie znajduję. Gotuję wodę z kałuży. Co za szczęście, że niedawno padało! W nocy tylko kilka kropel deszczu, nawet się nie obudziłem. Znieczulica.

Wtorek. Rano uświadamiamy sobie, że zostały trzy dni jeżdżenia, a my dopiero wjechaliśmy do Bretanii. Musimy sprawdzić warunki naszego biletu kolejowego na powrót, bo Czapla ma przeczucie, że w tej taryfie będzie ważny z Brestu i tylko z Brestu. A to jeszcze ze 250 km jak nic. Przez perypetie z podróżą, awarie rowerów i przede wszystkim przez te cholerne deszcze nie mamy już szansy dojechać. Zwijamy się szybko i sprawnie (nie ma co gotować, zostało tylko trochę kałużanki z wczoraj, w sam raz na kawę) i jedziemy pod katedrę. Jest fantastyczna. Idziemy jeszcze na spacer po całkiem ładnym bretońskim mieście, robiąc przy okazji zakupy i jedząc śniadanie przy murach miejskich. Potem jedziemy parę km do Mont Dol, gdzie oglądamy kościół z ciekawymi średniowiecznymi freskami. I stąd już tniemy prawie bez zatrzymania (tyle tylko, ile trzeba, by wyjąć kurtki przeciwdeszczowe) do St. Malo. Wjazd do miasta ciężki, jesteśmy zmęczeni i mamy dość. Dziewczyny marzą o ciepłym prysznicu. Postanawiamy zostać na noc na kempingu. O dziwo jest miejsce i nawet nie jest masakrycznie drogo (jedno i drugie to niemal cud w sierpniu we Francji). Ledwie rozbiliśmy namiot, spadł deszcz. Potem kąpiele, jedzonko i w rezultacie na mury Starego Miasta docieramy już o zachodzie słońca. Zdecydowanie to właśnie mury są jego najciekawszą częścią. Chodzimy też po ulicach, ale jest hiperturystycznie i drogo.

W środę rano po zaporze przejeżdżamy do Dinard, wbrew temu, co twierdził pan w informacji namawiający nas na statek, wcale nie było tres dangereux, może dlatego, że samochody stały w korku. Dinard, St. Lunaire i wszystkie kolejne nadmorskie miasteczka to stacje kąpielowe. Piękne wille i nic poza tym do zwiedzania w miastach. Natomiast wybrzeże jest przecudowne. Usiane wysepkami, niesamowicie malownicze. I nawet nie pada… Za to wicher wieje potężny, dokładnie z zachodu, tj. regularnie nam w mordę. Jedzie się ciężko, ale mimo to pokonujemy sprawnie całkiem spore odległości. Rzutem na taśmę postanawiamy pojechać jeszcze na Przylądek Frehel. „Dzika przyroda. Jedno z najpiękniejszych miejsc w całej Europie” – zachwalała go pani w informacji turystycznej. No to jedziemy, a co! Jutro się trochę trzeba będzie sprężyć, żeby dojechać do pociągu (bo przypuszczenia się sprawdziły i bilet rzeczywiście jest ważny tylko wtedy, jeśli podróż zacznie się w Breście; to znaczy że musimy złapać najpóźniej o 1 po p. pociąg regionalny do Brestu, tam się przepakować i tę samą trasę pokonać z powrotem TGV po drodze do Paryża). Przylądek rzeczywiście niesamowity, ale wicher nas wysmagał równo. Smagał nas również do samego wieczora, gdy nieosłonięci niczym jechaliśmy na zachód w stronę Lamballe, gdzie chcemy złapać pociąg. Nocujemy w kiepskim miejscu, w jakimś kawałku lasu wciśniętym pomiędzy domy. Ale nikt nas nie nakrył i nawet nie padało w nocy.

Czwartek. Wiatr niemal ustał. Bocznymi dróżkami w trymiga dojeżdżamy do Lamballe. Zdążamy nawet na wcześniejszy pociąg, więc w Breście mamy mnóstwo czasu. Przez 5 godzin siedzimy pod dachem przy dworcu (bo leje), gotujemy, pijemy wino i składamy rowery, bo do pociągu możemy zabrać tylko jeden duży bagaż i jeden mały. Na dworcu było trochę nerwowo, ale puścili nas, wszystko ładnie się udało poupychać w skrytkach na bagaże i już pędzimy w stronę Paryża. Po 9 wiecz. zajeżdżamy na Montparnasse. Składamy rowery, bo plan jest taki, że jutro będziemy na nich zwiedzać Paryż, poza tym nie wyobrażamy sobie jechania z tym całym majdanem metrem. Okazuje się, że Ewa w Breście zapomniała spakować jedno koło… Wysyłamy więc ją metrem ze spakowanym rowerem, a sami ruszamy ulicami Paryża (oczywiście w deszczu) w stronę Pól Elizejskich, Łuku i Porte Maillot, gdzie mamy mieszkać. Po dłuższym czasie spędzonym na poszukiwaniu klucza w końcu udało nam się dostać do wynajętego mieszkania (pierwsza próba z airbnb).

Piątek. Zwiedzamy Paryż. Ewa jeździ na rowerku miejskim, reszta na własnych. Wieża Eiffela/muzeum etnograficzne, potem obiad i spacer po Dzielnicy Łacińskiej, potem po Marais, potem po Montmartrze. Już po nocy przejazd przez Luwr i Polami do domu. Wieczorem pakowanie wszystkiego.

A rano pobudka i przejazd do nieodległej Porte Maillot. Tam składamy rowery, przepakowujemy się i ładujemy do autobusu na lotnisko w Beauvais. Wózków niestety nie ma, więc spory dystans pomiędzy terminalami I (gdzie nas wysadził autobus) i 2 (z którego leci samolot) pokonujemy na raty, biegiem (nie pada). Całe szczęście, że nie przyszło nam do głowy poruszać się po Paryżu metrem. W południe lądujemy w Warszawie. Leje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *