Jedziemy do Iranu

No i znów w drodze. Tym razem do kraju, który od lat był na topliście naszych priorytetów podróżniczych. Ale wcale nie planowaliśmy tej wyprawy od dawna. To była szybka decyzja, pojawiły się tanie bilety, to kupiliśmy. I udało nam się również namówić na ich kupienie Agę i Krisa, więc jedziemy w piątkę. Bilety lotnicze mamy kupione od kilku miesięcy, ale dopiero od sześciu tygodni zaczęliśmy się drobnymi kroczkami przybliżać do podróży. Wcześniej cały czas wszystko było niepewne, bo Łucja mogła przecież znaleźć nową robotę, a wtedy nie byłaby w stanie wyjechać. Całkiem niedawno okazało się, że Łucja podchodzi do tego inaczej: „Nie szukam pracy, bo Ty ciągle kupujesz jakieś bilety”. Czyli moja wina 🙂 Wyjazd stał się bardziej namacalny dopiero jakieś sześć tygodni temu, gdy wystąpiliśmy o wizy. A że są dość drogie, to od tego momentu zaczęliśmy traktować tę inwestycję z należytą uwagą.

Bilety były tanie, ale z Tegel, więc podróż musimy zacząć od dobujania się do Berlina. Oczywiście gdy kupowaliśmy bilety,  wydawało się to niewielkim problemem – wszak Berlin prawie za rogiem. Ale im bliżej, tym bardziej mnie to martwiło. O ile parę lat temu sześć przesiadek z sakwami i spakowanymi w wielkie paczki rowerami traktowałem w kategorii świetnej zabawy, tak od czasu, gdy jest z nami Basia, a już zwłaszcza od kiedy chodzi i trzeba się nią nonstop zajmować, nie jest to już ani takie proste, ani zabawne. Więc wcale się nie zmartwiłem, gdy linia lotnicza powiadomiła nas o anulowaniu lotu. Przez kilka dni liczyłem bowiem na to, że może uda się nam jednak polecieć z Warszawy. Niestety elastyczność przewoźnika ma najwyraźniej swoje granice nawet wtedy, gdy musi zaproponować alternatywny lot. A może to ja mam za małe zdolności negocjacyjne? Muszę jeszcze poćwiczyć. W każdym razie lecimy z Berlina, ale dzień wcześniej i wracamy również o jeden dzień wcześniej, niż planowaliśmy. Dobrze, bo mniej urlopu zużyję.

Ostatnie dni były stresujące, bo Łucja miała trochę obsuwy z pracą i nie było do końca jasne czy zdąży. Rano w dniu wyjazdu stało się to zupełnie jasne – nie zdąży. Więc, choć tego nie planowaliśmy, zabieramy do sakwy dawno nieużywany komputerek. Przynajmniej się jej nie będzie dłużyła sześciogodzinna przesiadka w Kijowie.

Do Niemiec jedziemy autobusem. Testowaliśmy już kiedyś z Łucją to połączenie i jest całkiem ok. Oczywiście wolałbym pociągiem, ale przez Szczecin moglibyśmy nie zdążyć, a bezpośrednim ekspresem trzeba by jechać dzień wcześniej i jeszcze mieć problem z noclegiem. Dojeżdżamy właśnie do celu, więc publikuję ten post i zaznaczam punkcik na mapie – to nowość, dzięki temu będzie łatwiej odnaleźć nasze wpisy. Dziękuję, Tomeczku, za ogarnięcie tych wszystkich wtyczek do wordpressa. 

A kot? Co z kotem? – spytacie. Otóż zostaje w domu czułą opieką Łosia. Do zobaczenia za trzy tygodnie, Lukrecjo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *