Ku Szirazowi. Najpierw po płaskim…


Wyjazd z Isfahanu mocno nam się dał we znaki. Było pod górę, a potem po autostradzie, co obejmuje także przeskakiwanie przez zjazdy, gdy akurat przez kilka sekund nic nie jedzie. Próbujemy wybierać mniejsze drogi i nawet częściowo nam się to na tym odcinku udało, bo do Szahrezy ruch bardzo niewielki a droga dobra. Tyle tylko, że o fajne noclegi niełatwo. Pierwszą nockę spędzamy w wykopie, którym biegnie linia energetyczna (pocieszamy się, że to prawie Grand Canyon),  kolejną pośrodku gruzowiska na pasie zieleni (haha!) między nitkami autostrady (oddalonym w tym miejscu od siebie o dobry kilometr).

dsc05120

Zosia zażądała w komentarzu, żeby było więcej o ludziach, no i rzeczywiście dotąd za mało o tym pisaliśmy. A nie da się ukryć, że to najciekawszy element tej podróży i gdyby nie Irańczycy, zwykli przypadkiem spotykani na naszej drodze ludzie, ten wyjazd byłby dużo mniej ciekawy, ba!, powiedziałbym wręcz: nieciekawy.

Pierwszy przykład. Niewielkie miasteczko, do którego zjechaliśmy na śniadanie. Czapla musi też zmienić oponę, bo stara się pruje i właśnie zaczęła bić na boki; może by wytrzymała, ale po co ryzykować, przynajmniej dętkę uratujemy (nie polecamy opon Vittoria, ta nie miała nawet roku). Pytamy o „restoran”, ludzie nas kierują do właściwego domu. O dziwo, właściciel mówi nieźle po angielsku. Na prowincji to rzadkość, a nawet w dużych miastach niełatwo znaleźć kogoś, z kim można się dogadać w jakimś europejskim języku (na szczęście Łucja już całkiem dobrze opanowała podstawy perskiego, który jest dość łatwy). Pan idzie do sklepu po jaja, smaży je dla nas, dostaliśmy też jogurt, dżem i folię bąbelkową (tutejszy chleb tak właśnie wygląda). Zrobiło się niezłe zbiegowisko, co wcale nie zdarza się tak często – to nie Afryka i nawet nie Egipt, tu ludzie są bardziej dyskretni i zwykle zachowują dystans; przyglądają się, ale z daleka. Tym razem przyszło może z 10 osób. Nasza pani od perskiego podtrzymuje rozmowę. Aga w pięć minut zorganizowała alkohol. Dzieci są ciekawe, ale niczego nie dotykają, a dorośli każą im się odsunąć, gdy podchodzą zbyt blisko. Dwie osoby pomagają założyć nową oponę. Baśka budzi powszechny zachwyt. Wszyscy chcą sobie z nią robić zdjęcia, co nie bardzo jej odpowiada, ale przynajmniej nikt jej nie szczypie w policzki. Przed odjazdem chcemy się rozliczyć za jedzenie, ale pan odmawia przyjęcia pieniędzy. Zgodnie z instrukcją z przewodnika upewniamy się kilka razy, bo to często takie kurtuazyjne zagrywki, ale nie tym razem – „jesteście tu naszymi gośćmi”. Zanim odjechaliśmy, wręczono nam jeszcze torbę pełną słodyczy.

dsc05133

Zresztą non stop coś tu od ludzi dostajemy. Arbuzy, granaty, a tylu jabłek co w Iranie, to chyba jeszcze nigdy nie zjadłem. Wierzcie, że niełatwo przytroczyć pięciokilogramowego arbuza do sakwy, a co dopiero dwa. Na arbuzy w pewnym momencie nie mogliśmy już patrzeć, a kilka granatów musieliśmy wręcz zostawić przy drodze, bo nie daliśmy rady ich przejeść (następnym razem bierzemy ze sobą wyciskarkę do soku).

Drugi przykład. Kris, który ma motorek w tyłku i większe koła w rowerze, jak zwykle jeździ swoim tempem daleko z przodu i czeka na resztę peletonu co pięć kilometrów. Tym razem zatrzymał się w zatoczce parkingowej przy autostradzie. Chwilę później zatrzymała się ciężarówka, z kabiny wysiadł kierowca z czajnikiem i szklanką, którą demonstracyjnie oplukał, po czym każdemu nalał herbaty. Gdy wypiliśmy, uzupełnił nam jeszcze zapasy wody i poczęstował słodkim napojem (trzeba przyznać, że dość obrzydliwym), a Baśka dostała – znowu- cukierka (nie sposób jej później odebrać tych słodyczy, które dostaje, będziemy musieli przeprowadzić odwyk po powrocie do Polski). Odjechaliśmy, a gdy pięć kilometrów dalej Kris znów na nas czekał, pan, który nas akurat mijał, zjechał na pobocze i historia się powtórzyła.

dsc05172

Trzecia sytuacja. Za Szachrezą wjechaliśmy znów na ruchliwą autostradę. Musimy nią przejechać ponad 100 km i jest wyjątkowo okropnie. Do tego pod wiatr i Baśka ma serdecznie dosyć siedzenia w wózku. Kris i Aga jadą więc dalej na poszukiwanie restauracji, a my z Łucją i Baśką zatrzymujemy się przy drodze pośrodku pustyni i zjadamy zapasy z sakw, a potem bawimy się w pustynnego berka. Pan w spychaczu zjawił się nagle i nie wiadomo skąd. Chyba nas wypatrzył z drogi i zjechał, żeby zaproponować herbatę. Oczywiście nie mówił ani słowa, więc tylko nalał herbatę do naszego składanego kubka, poczekał, aż wypijemy, dolał, pożegnał się i pojechał.

dsc05180

Takich spotkań mamy codziennie kilka lub kilkanaście i to one są najprzyjemniejszym elementem podróżowania po Iranie, kraju poza tym nieszczególnie interesującym i niezbyt nadającym się do jeżdżenia na rowerze. Ale o tym jeszcze napiszemy. Tymczasem nasz odcinek autostradowy dobiega końca. Aga i Kris choć motywowani  odmiennymi powodami (jedno prysznic, drugie chyba internet) naciskają, żeby dojechać do miasta Abadeh i zostać na noc w hotelu. Co najważniejsze, musimy znaleźć biuro podróży i zorganizować sobie powrót do Teheranu za kilka dni. Wjeżdżamy do miasta o zmierzchu (w sam raz wyją z meczetów), o hotel pytamy motocyklistę na skrzyżowaniu. -Jedźcie za mną -pokazuje. Prowadzi nas w głąb miasta coraz ciemniejszymi i mniejszymi uliczkami. Trwa to na tyle długo, że zaczęliśmy już wątpić w jego uczciwe zamiary. W Isfahanie spotkaliśmy rowerzystę – Holendra, którego w górach obrabowano doszczętnie. Ten koleś też gdzieś wydzwania, ani chybi, nadaje nas komuś. Na nasze pytania mówi: – Jeszcze 100 metrów. Po kolejnym kilometrze: – Jeszcze 100 metrów. Wtedy zrobiliśmy mu awanturę. Jak się okazało, niesłusznie, bo właśnie stanęliśmy przed hotelem. Ale prowadził nas do niego naokoło, a wystarczyło jechać prosto od skrzyżowania, na którym go spotkaliśmy.

Hotel okazał się drogi, ale też jedyny w mieście. Gdy zaczęliśmy się rozglądać za alternatywnym noclegiem (policja, czerwony półksiężyc), cena spadła, więc w końcu zostaliśmy. Jeszcze wycieczka do biura podróży (kupujemy w końcu bilety na samolot z Szirazu, co daje nam dodatkowy dzień w tym mieście). Szkoda że nie pociągiem, ale może jeszcze tu kiedyś będziemy, to się przejedziemy koleją.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *