Jedzie się źle, bo Czapla jest wciąż osłabiony po malarii, na dodatek, przez cały dzień, grozi nam widmo deszczu. Na szczęście wino pomaga i poprawia humor. Po południu, groźba deszczu urzeczywistnia się; przez jakiś czas jedziemy w strugach ulewy, ale w końcu dajemy za wygraną i zjeżdżamy na mijaną farmę. Prosimy o nocleg i spotykamy się z bardzo serdeczecznym przyjęciem. Gościnni gospodarze oddają nam do dyspozycji sypialnię z wielkim łóżkiem i zapraszają na kolację. Mamy też okazję zobaczyć mnóstwo zwierząt: kudu, oryksy, gnu, różne małe kozy, a nawet lamparta – niestety wszystkie wypchane.

Marzec. Wyruszamy z Witbank

Pierwszy dzień marca spędziliśmy w domu, bo lał deszcz. Ale atrakcji nie brakowało. Sporo poznanych nowych ludzi, sporo innych wrażeń (napiszę o nich wkrótce, bo mi wena wraca). Ruszamy z Witbank i jedziemy na północny-wschód, a potem zjedziemy w stronę Mozambiku.

Z ciekawostek. Mozambik zmienił zasady wydawania wiz i już ich nie daje na granicy. Dowiedzieliśmy się o tym z mejla od pani konsul z Pretorii. Gdyby nie to, pojechalibyśmy na granicę i musielibyśmy wracać i na pewno nie bylibyśmy zachwyceni. Nasz przewodnik (nowiutki Lonely Planet) i strona MSZ mówią, że wizę można dostać na granicy. Super, nie? Na szczęście jest konsulat w Nelspruit i nie musimy się cofać do Pretorii. Zadzwoniłem do konsulatu i okazało się, że poza miejscem wydawania zmieniła się również cena wizy. Dwukrotnie! A miało być taniej, cholera.

Dobra, schodzę na śniadanie i musimy ruszać, póki nie pada.

Aaaa, jeszcze jedno, przypominam, że można nabyć nasze afrykańskie kalendarze na rok 2013. Jeszcze ich kilka zostało, więc zamawiajcie. Kalendarz wygląda tak, a szczegóły tutaj [link usunięty]. Dochód (niewielki) ze sprzedaży wspiera naszą wyprawę. W sam raz w związku ze wzrostem opłaty wizowej do Mozambiku.